Strona główna » Działamy! » Bibliotekarz – zawód czy powołanie?
  • A-
  • A
  • A+

Bibliotekarz – zawód czy powołanie?

Dodane 18.09.2009

Pod takim hasłem odbywała się konferencja naukowa, zorganizowana przez Bibliotekę Wyższej Szkoły Zarządzania w Gdańsku (2-4 września 2009 r.), wpisana zresztą w obchody jubileuszu tej uczelni.

Niepodobna streszczać tu wszystkie referaty, tym bardziej, że znaleźć je można na blogu. Dość powiedzieć, że w świetle kilku referatów opartych na badania ankietowych okazało się, że powinien on charakteryzować się szeregiem cech takich jak wysokie kwalifikacje zawodowe, energia, dociekliwość, empatia czy cierpliwość. Nietrudno dostrzec, że są to cechy właściwe wielu innym zawodom o charakterze usługowym. I to w stopniu nie mniejszym niż w bibliotece. O tym jednak żaden z autorów prezentacji nie wspomniał.

Drugi nurt tematów to kwestia wizerunku i stereotypu zawodu bibliotekarza. Akurat miałem przyjemność prowadzić sesję obrad poświęconą tej kwestii. W związku z tym miałem okazję dokonać jej podsumowania, w którym zwróciłem uwagę, że jako grupa zawodowa już jesteśmy świadomi, że ze stereotypami nie ma sensu walczyć, ale na szczęście wiemy już, jak tworzyć wizerunek bibliotekarza przez sposób zachowania, w którym zawarty jest profesjonalizm, przez sposób organizacji świadczonych usług, a nawet przez sposób ubierania się. Zwróciłem też uwagę, że fakt, iż cechy zawodowe i osobowościowe bibliotekarzy są postrzegane niemal identycznie przez użytkowników bibliotek i studentów bibliotekoznawstwa, a odmienny od bibliotekarzy pracujących jest świadectwem porażki edukacyjnej kadry kształcącej bibliotekarzy, która na ogół zna biblioteki tylko z drugiej strony lady, podobnie jak użytkownicy i jest w stanie tylko przekazywać wiedzę, a nie ma kompetencji do edukowania do zawodu. Odniosłem się tym sposobem do podobnego w treści głosu w dyskusji księdza profesora, którego nazwiska nie zapamiętałem, a który od niedawna pełni funkcję kierownika Katedry Bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie w Bydgoszczy. Na stronie WWW uczelni nie ma zresztą informacji o nazwisku kierownika tej katedry. Nie mogłem się też powstrzymać od uwagi, że wprawdzie bibliotekarze w opisie zjawisk dość sprawnie posługują się metodami ilościowymi (choć przyznać trzeba, że na poziomie elementarnym, bo np. nikt nie poważył się obliczyć korelacje między zmiennymi zależnymi i niezależnymi), to zupełnie ignorujemy metody jakościowe, które pozwalają uzyskać obraz w postaci bardziej złożonej i dynamicznej, a ponadto dostrzec problemy, które w badaniach ilościowych mogą być niedostrzeżone. Bierze się to przypuszczalnie z tego, bibliotekoznawcy w ogóle stronią od tych metod, gdyż - podejrzewam - nie bardzo wiedzą „jak to się robi". W związku z tym konieczne jest zorganizowanie seminarium lub warsztatów, których celem byłoby przekonanie do tych metod i wdrożenie do ich stosowania.

W programie konferencji znalazły się tradycyjnie dwie (czasem bywało więcej) prezentacje bibliotekarzy Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Dano nas na sam koniec w nadziei, że w razie czego skorzystamy z doświadczenia i skrócimy nasze wystąpienia, żeby nie przesuwać pory ostatniego obiadu, a potem zdążyć na pociągi do domu. Ale nie było to konieczne, gdyż w ogóle bibliotekarze coraz lepiej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami. Magda Karciarz, mająca predylekcje do psychologizowania mówiła - jak zwykle zajmująco - o poczuciu koherencji (pewnego poczucia harmonii wewnętrznej połączonej z wiarą, że można sobie poradzić z powstającymi w życiu problemami) w zawodzie bibliotekarza i zachęciła wszystkich do udziału w próbie jego budowania.

Ja zaś zademonstrowałem próbę postawienia problemu deontologii zawodowej w bibliotekarstwie. Uważam bowiem, że niezależnie od kodeksu etycznego bibliotekarze powinni mieć swoja deontologię, czyli coś w rodzaju kodeksu powinności nie tylko moralnych, lecz także wynikających z wiedzy i kompetencji zawodowych oraz powinności, których wykonywanie czyni działania zawodowe bardziej efektywnymi. Podałem przykłady tych powinności dla ogółu bibliotekarzy, zwracając jednak uwagę, że swoją deontologię mogą (jeśli nie zgoła powinny) mieć różne grupy bibliotekarzy (np. akademiccy lub szkolni) lub bibliotekarze różnych specjalności, np. bibliotekarze dziedzinowi czy rękopiśmiennicy.

Warto zaznaczyć, że z dwiema prezentacjami, ale w wykonaniu czterech osób, reprezentowana była na konferencji Biblioteka i OINT Politechniki Wrocławskiej.

Przed konferencją, a właściwie w pierwszy jej dzień, odbyły się wybory zarządu Sekcji Bibliotek Niepaństwowych Szkół Wyższych Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich. Już wcześniej zgłaszano tylko moją kandydaturę, więc wybór dokonany został przez aklamację. Tym samym sposobem wybrano zarząd sekcji. Z satysfakcją stwierdzam, że tym razem wybory poprzedzone zostały dyskusją programową, dzięki czemu zarząd nie będzie musiał obmyślać, co by tu zrobić, żeby się wykazać, lecz będzie starał się zaspokoić realne potrzeby zawodowe środowiska.  M.in. postanowiono, że zarząd Sekcji doprowadzi do opracowania bibliografii publikacji bibliotekarzy uczelni niepaństwowych, zaprojektuje na nowo stronę WWW. Sekcji, gdyż ta istniejąca na serwerze Wyższej szkoły Biznesu w Nowym Sączu, choć świetnie zaprojektowana jest martwa. Zarząd też opracować powinien poradnik jak przystąpić do SBP, stworzyć koło lub sekcję. Wreszcie zarząd zobowiązany został do wystąpienia do ZG SBP z wnioskiem o uhonorowanie naszego kolegi redaktora biuletynu „ISBNik” medalem za zasługi dla bibliotekarstwa lub/i odznaką honorową SBP.  Dla porządku dodać należy, że przez aklamację zostałem wybrany przewodniczącym sekcji na następne 4 lata, a Gosia Podgórska  „zaocznie”, ale za jej zgodą - na sekretarza.

Konferencje naukowe mają na ogół również część rekreacyjną. A tę zorganizowano nam znakomicie. Pierwszy wieczór spędziliśmy w nadmorskiej restauracji „Nautilus" (którą prywatnie znam ze świetnej zupy rybnej), gdzie „do kotleta" i tańców grał i śpiewał szanty bardzo dobry zespół. Drugiego popołudnia i wieczora zwiedzaliśmy gdańską starówkę pod dyktando bardzo starającej się przewodniczki, popłynęliśmy statkiem spacerowym na Westerplatte (ale postój był trochę później, w celu zakupu piwa, bo nie było go w menu pływającego bufetu), a potem biesiadowaliśmy w niedalekiej od Motławy tawernie.

Na koniec wypada wyrazić uznanie organizatorom z dzielną Sylwią Baranowską na czele za pomysł zwołania konferencji, zapewnienie bardzo dobrych warunków do obrad i wypoczynku i za stworzenie  koleżeńskiej, miłej atmosfery.

Stefan Kubów

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.


Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, kliknij aby wygenerować nowy.